✖ Opinia niepotwierdzona zakupem
Im mniej wiesz, dokąd idziesz, tym więcej zobaczysz
Ja zawsze myślałam, że pewność siebie mają tylko kobiety, które mają wszystko pod kontrolą. A teraz czuję, że można się bać i iść dalej. I to też jest siła.
Ale teraz wiedziała jedno: życie trzeba poukładać takie, jakie jest. Musi odnaleźć swój własny klucz do dobrostanu, w którym docenia się nie tylko brokat i cekiny, ale także zwykłe dni, czasem wietrzne i zimne jak dziś. Niepogoda to też pogoda.
Zosia Mróz- Potocka jest jak to mówią słowa starej polskiej piosenki kobietą po przejściach. Pierwsze małżeństwo zniszczyło coś bardzo kruchego w jej psychice, a ona musiała stawić czoła światu dla swojego syna - Stasia.
Na szczęście mogła liczyć na pomoc swojej pani mecenas - Heleny Wilk.
Po zakończeniu sprawy rozwodowej panie się zaprzyjaźniły i wspierały w każdej kwestii. Helenka była również świadkiem miłości swojej przyjaciółki i Janka - jej drugiego męża. I choć ten miał swoje wady naprawdę był dla Zofii bratnią duszą.
Bohaterkę spotykamy po śmierci ukochanego- pogrążoną w żałobie, z synem maturzystą i poczuciem, że coś się skończyło.
Niestety nie jest to koniec trudności na drodze Pani Potockiej - niedługo potem okazuje się, że Zosia jest bardzo poważnie chora , a jej stanowisko pracy zostaje zlikwidowane.
W trakcie leczenia zawiązują się jednak niezwykłe znajomości- pani Róża, Kasia , Agata czy Marta szybko odnajdują swoje miejsce w sercu Zosi.
Prawdziwym przełomem okazuje się jednak telefon od prawnika cioci Janka - Lucyny zwanej Lucy.
Ostatnią wolą starszej pani było spocząć w Polsce i to właśnie Zosia wraz z synem mają za zadanie sprowadzić jej prochy.
A to dopiero początek historii.. Porto Pino nie jest bowiem wyłącznie nazwą na mapie , a sercem i bezpiecznym portem dla znękanej duszy.
Jak potoczą się wydarzenia? I jaką rolę odegra w nich szwagier dawnej koleżanki- Maciek?
Muszę przyznać, że ta powieść mnie bardzo zaskoczyła.
Nie jest to jedna z cukierkowych, mocno przesadzonych fabuł o Kopciuszku , który wszystko dostaje .
To historia o kobiecej sile i niezłomności. O cichych walkach prowadzonych dzień po dniu bez wytchnienia.
O marzeniach i szukaniu siebie.
Debiut literacki Moniki Leśniewskiej ma w sobie coś na wskroś magicznego, zupełnie jak melodia ukochanej piosenki.
Refleksyjny, ale nie moralizatorski czy przytłaczający. Ciepły i poruszający.
Czytając o Zosi ma się ochotę powiedzieć Wałcz, dziewczyno!
Bo życie, nawet kiedy odbiera bardzo wiele, potrafi też niespodziewanie otworzyć nowe drzwi.
Ta historia pokazuje, że czasem trzeba zgubić drogę, żeby naprawdę odnaleźć siebie.
Autorka pięknie przypomina, że siła nie zawsze wygląda spektakularnie. Czasem to po prostu kolejny poranek, w którym mimo bólu człowiek wstaje z łóżka i próbuje żyć dalej.
Zosia nie jest idealną bohaterką — i właśnie dlatego tak łatwo ją polubić. Jest prawdziwa. Zagubiona, zmęczona, momentami pełna lęku, ale jednocześnie niezwykle dzielna.
W książce ogromnie urzekły mnie relacje międzyludzkie — pełne czułości, wsparcia i zwykłej obecności. To one nadają tej opowieści autentyczności i sprawiają, że czytelnik czuje się częścią tej historii.
Porto Pino staje się tutaj czymś więcej niż miejscem. To symbol nowego początku, spokoju i nadziei, że jeszcze może być dobrze.
To powieść o stracie, chorobie, samotności, ale też o miłości, przyjaźni i odwadze, by po raz kolejny zaufać życiu.
Pełna emocji, refleksji i pięknych myśli, które zostają w głowie na długo po przeczytaniu ostatniej strony.
Jeśli szukacie historii życiowej, mądrej i otulającej, ale jednocześnie dalekiej od banału — zdecydowanie warto sięgnąć po tę książkę.
Ja na pewno długo o niej nie zapomnę i liczę na ciąg dalszy 💛