✖ Opinia niepotwierdzona zakupem
„Czasami życie odbiera nam coś, o czym marzyliśmy najbardziej, tylko po to, by pokazać nam drogę, której wcześniej nie potrafiliśmy dostrzec.”
Seria o siostrach Stanos po raz kolejny udowodniła mi, że każda z tych historii ma swój własny rytm, emocje i bohaterów, których trudno później wyrzucić z głowy. Poznałyśmy już Zoe i Weronikę, a teraz przyszedł czas na Filipinę – dziewczynę z temperamentem, ogromnym sercem i marzeniem, którego nie zamierza porzucić tylko dlatego, że los postanowił rzucić jej pod nogi kilka naprawdę solidnych kłód.
Fifi miała przed sobą jeden z najważniejszych dni w swoim życiu. Wystarczył jednak jeden niefortunny moment, jeden samochód i jeden wyjątkowo pechowy zbieg okoliczności, aby wszystko zaczęło się sypać. Mężczyzna, z którym wdaje się w ostrą wymianę zdań, okazuje się bowiem później jednym z egzaminatorów. I choć emocje jeszcze nie zdążyły opaść, on postanawia wykorzystać swoją pozycję. Marzenia Fifi o studiach w Ateńskiej Szkole Sztuk Pięknych zostają brutalnie przekreślone.
I właśnie wtedy zaczyna się jej prawdziwa walka.
Bo Fifi może się załamać. Może się wściec. Może rzucać piorunami na lewo i prawo. Ale pod żadnym pozorem nie zamierza się poddać.
I chyba właśnie za to pokochałam ją najbardziej.
Fifi jest bohaterką, która potrafi jednocześnie irytować i zachwycać. Bywa impulsywna, porywcza, czasami działa szybciej, niż pomyśli, ale za tą wybuchową naturą kryje się dziewczyna niezwykle wrażliwa, ambitna i pełna determinacji. Ma swoją pasję, swoje marzenia i ogromną potrzebę udowodnienia sobie, że jest w stanie osiągnąć to, o czym od dawna śni.
Kiedy więc pojawia się możliwość pracy jako niania, początkowo trudno jej uwierzyć, że właśnie tam może czekać na nią coś dobrego. A jednak mała Hope bardzo szybko pokazuje jej, że niektóre relacje nie potrzebują czasu ani wielkich słów. Wystarczy szczerość, odrobina cierpliwości i serce otwarte na drugiego człowieka.
Relacja Fifi i Hope była dla mnie jednym z najpiękniejszych elementów tej opowieści. Jest w niej mnóstwo ciepła, delikatności i takiej zwyczajnej, prawdziwej bliskości. Fifi dostrzega w dziewczynce coś, czego jej ojciec przez lata nie potrafił zauważyć – niepełnosprawność nie odbiera człowiekowi marzeń, potrzeb ani prawa do samodzielnego podejmowania decyzji. Hope nie potrzebuje zamknięcia pod kloszem. Potrzebuje kogoś, kto uwierzy w nią tak mocno, jak ona sama jeszcze nie potrafi.
I wtedy na scenę ponownie wkracza Aleksander Werner.
Profesor, który już na samym początku tej historii pokazał Fifi swoją najgorszą stronę. Arogancki, pewny siebie, zamknięty w sobie i zdecydowanie zbyt dumny, żeby przyznać się do własnych błędów. Ich pierwsze spotkanie zdecydowanie nie zapowiadało historii, która mogłaby skończyć się czymkolwiek dobrym. Wręcz przeciwnie – między tą dwójką od początku aż iskrzy.
Tyle że czasami największe emocje rodzą się właśnie tam, gdzie na początku nie ma ani odrobiny sympatii.
Fifi i Werner to dwa żywioły, których nie da się spokojnie postawić obok siebie. Ich rozmowy, spięcia i wzajemne prowokowanie sprawiały, że niejednokrotnie miałam ochotę wejść do książki i powiedzieć im, żeby wreszcie przestali walczyć ze sobą i zaczęli słuchać tego, co naprawdę czują.
Ale Werner to nie tylko arogancki profesor. Pod warstwą chłodu i niedostępności kryje się człowiek naznaczony przeszłością. Tragiczne wydarzenia odcisnęły piętno zarówno na nim, jak i na Hope. Jego nadopiekuńczość wynika z miłości i strachu, choć nie zawsze potrafi tę miłość okazać w sposób, którego potrzebuje jego córka.
I właśnie Fifi zaczyna powoli burzyć mur, który Aleksander tak długo wokół siebie budował.
Pokazuje mu, że troska nie zawsze oznacza wyręczanie. Że miłość nie powinna być więzieniem. Że czasami chcąc chronić kogoś przed całym światem, możemy nieświadomie odebrać mu możliwość poznania własnych możliwości.
Bardzo podobała mi się ta przemiana. Nie jest nagła ani przesłodzona. Aleksander nie przestaje być sobą z dnia na dzień. Musi zmierzyć się z własnymi błędami, uprzedzeniami i tym, czego przez lata nie chciał dostrzegać.
A pomiędzy tym wszystkim jest jeszcze uczucie, które pojawia się zdecydowanie wbrew planom obojga.
„Profesor, którego nie chciałam” to książka o marzeniach, które czasami trzeba odbudować z kawałków. O rozczarowaniu kimś, kogo stawiało się na piedestale. O tym, że największy upadek wcale nie musi oznaczać końca drogi. Czasem może być początkiem czegoś zupełnie nowego.
To również opowieść o tajemnicach, przeszłości, rodzicielskiej miłości, która potrafi przybrać niewłaściwą formę, oraz o uczuciu, które potrzebuje czasu, aby przebić się przez wszystkie uprzedzenia, żal i wzajemną niechęć.
Przeczytałam ją właściwie jednym tchem. To lekka i niezwykle wciągająca historia, ale pod tą lekkością kryje się sporo emocji. Śmiech miesza się tutaj ze złością, wzruszenie z frustracją, a niechęć z uczuciem, którego bohaterowie długo nie chcą przed sobą nazwać.
I chyba właśnie dlatego ta część serii skradła moje serce najbardziej.
Fifi jest bohaterką, której chce się kibicować. Nawet wtedy, kiedy człowiek ma ochotę nią potrząsnąć. A Hope… cóż, ta mała dziewczynka zdecydowanie potrafi skraść całą uwagę.
„Profesor..” jest historią o tym, że czasami trzeba stracić coś, czego pragnęliśmy najbardziej, żeby odnaleźć coś, czego nawet nie szukaliśmy. O drugich szansach, marzeniach, które nie umierają mimo porażek, i miłości, która potrafi pojawić się dokładnie tam, gdzie nikt się jej nie spodziewał.