✖ Opinia niepotwierdzona zakupem
„Są rany, których nie widać, a bolą najbardziej.”
„Nie każda burza jest dowodem wielkiej miłości. Czasem jest tylko ostrzeżeniem.”
„…życie nie zawsze mówi głośno. Czasami trzeba się zatrzymać, żeby je usłyszeć.”
„Najtrudniejsze nie jest odejść od kogoś, kto cię krzywdzi. Najtrudniejsze jest przyznać się przed sobą, że nazywałam to miłością.”
Kochać to niszczyć. A być kochanym to zostać zniszczonym.
Patrycja, Lena i Karolina właśnie napisały maturę i wierzą ,że od teraz świat stoi przed nimi otworem , a wszystkie ich marzenia mogą się ziścić.
Dziewczyny dzielą się tajemnicami o których nie odważyły się powiedzieć wcześniej. Lena marzy by zostać lekarzem, choć świetnie zna się na algorytmach i programowaniu ,pragnie przede wszystkim nieść pomoc innym. Karola, marzycielka wyobraża sobie karierę wybitnej pianistki, zaś Patrycja kocha słowa i najbardziej chciałaby zostać pisarką , lecz studia związała z dziennikarstwem - to właśnie wówczas dziewczyna poznała ludzi, którzy odmienili jej życie-profesora Tarkowskiego , Marka , Michała a także nowe przyjaciółki - Natalię i Jagodę.
W pierwszych rozdziałach książki Marii Madej nic nie zwiastuje nieszczęścia czy emocjonalnej huśtawki- Marek wydaje się być odpowiedzią na wszystkie tęsknoty serca pięknej i wrażliwej młodej kobiety- z czasem jednak troska zaczyna się przebrażać w kontrolę , manipulację i umniejszanie wartości Pati.
Z czasem dowiadujemy się o demonach mężczyzny i jego przeszłości, lecz trudne przeżycia nigdy nie powinny być usprawiedliwieniem dla wyrządzania krzywd.
Ona jednak mimo, że rozum wie co się dzieje wciąż pragnie zaufać i wierzyć w ukochanego. Próbuje z nim rozmawiać, lecz przemoc eskaluje z każdym kolejnym dniem czy miesiącem.
Z czasem granice między miłością a uzależnieniem emocjonalnym zaczynają się zacierać. Patrycja coraz częściej traci siebie – swoje potrzeby, granice i pewność, kim była zanim pojawił się Marek. To, co na początku wydawało się intensywnym uczuciem, zamienia się w relację, która odbiera jej wolność i poczucie bezpieczeństwa.
Autorka Nie nazywaj tego miłością bardzo wyraźnie pokazuje, jak łatwo przeoczyć pierwsze sygnały ostrzegawcze. Jak często tłumaczymy kontrolę troską, zazdrość „dowodem miłości”, a manipulację zwykłą troską o drugą osobę. Właśnie w tym tkwi najmocniejszy aspekt tej historii – jej realizm i psychologiczna prawda.
Relacje między bohaterami nie są jednowymiarowe. Każda z dziewczyn przechodzi własną drogę dojrzewania, konfrontacji z rzeczywistością i utraty złudzeń. Lena, Karola i Patrycja – choć tak różne – muszą zmierzyć się nie tylko z dorosłością, ale też z tym, że nie każda więź, która boli, jest warta ratowania.
To opowieść o tym, jak trudno odejść, kiedy serce wciąż pamięta dobre chwile, a umysł próbuje racjonalizować krzywdę. I jednocześnie – o odzyskiwaniu siebie, nawet jeśli droga do tego jest bolesna i długa.
Książka Marii Madej zostawia czytelnika z niepokojem, ale też z ważną refleksją: miłość nigdy nie powinna niszczyć. A jeśli niszczy – trzeba mieć odwagę, by nazwać ją inaczej.
Ta historia nie kończy się łatwymi odpowiedziami ani szybkim pocieszeniem. Zostawia czytelnika z ciężarem emocji, ale też z czymś znacznie ważniejszym – świadomością, że miłość nie powinna odbierać głosu, tylko go wzmacniać.
W tym wszystkim ogromnie istotną rolę odgrywa Michał. To właśnie on staje się dla Patrycji kimś w rodzaju bezpiecznej przystani – osobą, która nie narzuca się, nie kontroluje i nie próbuje jej zmieniać na siłę. Jego obecność pokazuje kontrast między relacją opartą na lęku a tą, która daje przestrzeń do oddychania. Michał nie „ratuje” jej w sposób spektakularny – on po prostu jest, konsekwentnie i spokojnie, dając jej coś, czego wcześniej tak bardzo jej brakowało: poczucie, że nie musi zasługiwać na szacunek.
To dzięki takim postaciom historia Patrycji nabiera jeszcze większej głębi – bo obok przemocy i manipulacji pojawia się też alternatywa, która nie krzyczy, nie rani i nie wymaga poświęcania siebie.
Powieść Nie nazywaj tego miłością zostaje w głowie na długo po zamknięciu ostatniej strony. Nie tylko jako historia bólu, ale też jako przypomnienie, że czasem największym aktem odwagi jest odejście – i danie sobie szansy na relację, w której nie trzeba się już gubić.
Dla mnie to przepiękna i poruszająca czułe struny duszy historia, która zostaje w sercu na długo po jej przeczytaniu.