✖ Opinia niepotwierdzona zakupem
Dzisiejsza recenzja dotyczyć będzie książki „Mokradła” Maria Turtschaninoff. Może wyda się wam, że to banalny tekst, ale musicie uważać, bo możecie wsiąknąć głębiej, niż planujecie. Są książki, które zaczynacie czytać z myślą: „Dobra, zobaczę tylko, o co w tym chodzi”. Kilkadziesiąt stron później nadal siedzicie z książką w rękach, za oknem robi się ciemno, potem jeszcze ciemniej, a wy dochodzicie do wniosku, że przecież nie można teraz iść spać, bo musicie wiedzieć, co wydarzy się dalej. I właśnie tak działa książka.
Tylko nie spodziewajcie się historii, która od pierwszej strony rzuci was w wir pościgów, dramatów i wydarzeń, po których człowiek nie ma nawet czasu napić się kawy. Ta książka wciąga inaczej. Powoli, spokojnie, a nawet niepozornie. Najpierw wpuszcza nas do świata Nevabacki, niewielkiego gospodarstwa położonego na północy Finlandii, otoczonego lasami, dziką przyrodą i tytułowymi mokradłami. Poznajemy ludzi, którzy żyją w tym miejscu, a kiedy zaczynamy rozumieć ich świat, czas rusza dalej. Mijają lata, pojawiają się nowe pokolenia. Ludzie rodzą się, zakochują, cierpią, podejmują dobre i fatalne decyzje, odchodzą. Niektórzy zostają w Nevabacce, inni próbują od niej uciec. Zmieniają się czasy, zwyczaje i sposób życia, ale mokradła wciąż tam są. Wtedy zaczynamy dostrzegać, że być może największym bohaterem tej książki nie jest żaden człowiek, lecz miejsce, przyroda, las, mokradła. W dzisiejszych czasach, kiedy człowiekowi często wydaje się, że wszystko zależy od niego, ta książka potrafi trochę sprowadzić nas na ziemię, i to dosłownie. Nevabacka istnieje przez kolejne stulecia i obserwuje życie następnych pokoleń. Ludzie przychodzą i odchodzą, przeżywają swoje małe i wielkie dramaty, a natura trwa, momentami dając schronienie i pomagając przetrwać, ale także pokazując, że nie wszystko można podporządkować własnym potrzebom.
W tym tkwi ogromna siła „Mokradeł”. To nie jest książka o idealnej naturze, którą ogląda się przez okno drewnianego domku, siedząc pod kocem z kubkiem kawy i myśląc, jak pięknie wygląda życie z dala od miasta. Tutaj natura jest prawdziwa. Potrafi być piękna, ale również dzika, trudna i bezlitosna. Człowiek nie może po prostu wejść do lasu i uznać, że wszystko należy do niego, bo las był tam wcześniej. Prawdopodobnie będzie tam również wtedy, kiedy nas już nie będzie. Brzmi trochę ponuro? Może, ale w „Mokradłach” jest, w tym również coś niesamowicie pięknego. Autorka pokazuje bowiem, że człowiek, nawet jeśli żyje tylko przez chwilę w porównaniu z historią świata, nadal jest częścią większej opowieści. Każdy z nas coś po sobie zostawia czasami jest to dom, czasami ziemia, czasami rodzinna historia, a czasami coś znacznie mniej widocznego lęk, wspomnienie, tajemnica.
Historia, o której nikt już nie mówi, ale która mimo wszystko przechodzi z pokolenia na pokolenie, jest również opowieścią o tym, co dziedziczymy po tych, którzy byli przed nami, i nie chodzi wyłącznie o nazwisko czy rodzinny dom. Możemy odziedziczyć sposób patrzenia na świat, stare przekonania, przywiązanie do miejsca, albo nawet strach przed czymś, czego sami nigdy nie doświadczyliśmy, a przecież każdy z nas ma jakieś miejsce, które w pewien sposób go stworzyło jak dom rodzinny, miasto, wieś, ulica, las, do którego chodziło się jako dziecko. Miejsce, z którego człowiek wyjechał dawno temu, ale które mimo wszystko gdzieś w nim zostało.
Historia Nevabacki może być zaskakująco bliska, nawet jeśli większość z nas nigdy nie mieszkała na północy Finlandii i nie musiała zastanawiać się, jak przetrwać wśród dzikich lasów i bagien, ale ta pozycja to nie tylko historia o przemijaniu i kolejnych pokoleniach, to również książka z niezwykłym klimatem. Jest tutaj coś z dawnych opowieści, legend i wierzeń. Coś tajemniczego, czasami baśniowego, a czasami lekko niepokojącego. Przyroda nie jest tylko tłem wydarzeń. Ma swoją obecność, swoją siłę i swój charakter. To jedna z tych książek, podczas których zaczynasz inaczej patrzeć na las, bo przecież każdy, kto choć raz znalazł się sam wśród starych drzew, zna to dziwne uczucie. Cisza nie zawsze oznacza, że nic się nie dzieje czasami wręcz przeciwnie.
Człowiek ma wrażenie, że świat wokół niego żyje własnym życiem, a on jest tylko chwilowym gościem. Autorka potrafi to uczucie świetnie przenieść na papier. Czytając tę książkę, można niemal poczuć wilgoć unoszącą się nad ziemią, zapach lasu, chłód powietrza i tę charakterystyczną ciszę, której nie da się znaleźć w mieście. To książka, która działa na wyobraźnię nie tylko historią, ale całym miejscem i właśnie dlatego tak łatwo w niej przepaść, bo kiedy zaczynasz czytać o kolejnych mieszkańcach Nevabacki, chcesz wiedzieć, co będzie dalej, np. jak potoczą się ich losy, co stanie się z tym miejscem, jak zmienią się ludzie i świat wokół nich, a kiedy jedna historia się kończy, pojawia się kolejna i nagle okazuje się, że autorka potrafi to uczucie świetnie przenieść na papier. Czytając tę książkę, można niemal poczuć wilgoć unoszącą się nad ziemią, zapach lasu, chłód powietrza i tę charakterystyczną ciszę, której nie da się znaleźć w mieście. To książka, która działa na wyobraźnię nie tylko historią, ale całym miejscem i właśnie dlatego tak łatwo w niej przepaść, bo kiedy zaczynasz czytać o kolejnych mieszkańcach Nevabacki, chcesz wiedzieć, co będzie dalej np. jak potoczą się ich losy, co stanie się z tym miejscem, jak zmienią się ludzie i świat wokół nich, a kiedy jedna historia się kończy, pojawia się kolejna i nagle okazuje się, że czas płynie szybciej, niż myśleliśmy. To trochę tak, jakby ktoś pokazał nam stare rodzinne pudełko pełne zdjęć. Wyciągamy jedno potem kolejne a i tak przy każdym zastanawiamy się, kim byli ci ludzie, co przeżyli i jakie historie nosili w sobie, a potem nagle orientujemy się, że minęły trzy godziny. „Mokradła” mają właśnie taki efekt. Nie wciągają przez nieustanną akcję. Wciągają ciekawością chęcią poznania kolejnych ludzkich historii sprawdzenia, co stanie się z miejscem, które przez kolejne stulecia obserwuje ludzi.
Przy okazji człowiek zaczyna myśleć również o sobie o tym, skąd pochodzi, co zostawili mu poprzednicy, co sam zostawi po sobie a tym bardziej jak łatwo dzisiaj zapomnieć, że nie jesteśmy oddzieleni od natury. Możemy mieszkać w blokach, spędzać całe dni przed ekranami, zamawiać wszystko przez internet i czasami nie wiedzieć nawet, jaka jest pogoda, dopóki nie spojrzymy w telefon, ale nadal potrzebujemy tego samego, czego potrzebowali ludzie setki lat temu. Świata, który istnieje poza nami. „Mokradła” przypominają o tym bez moralizowania bez krzyczenia, że powinniśmy natychmiast zmienić swoje życie. Autorka po prostu pokazuje zależność człowieka od przyrody. To historia o ludziach, o ich miłościach, stratach, nadziejach, błędach i marzeniach.
Książką o życiu, ale również o przemijaniu. O tym, że człowiek pojawia się na chwilę, a potem świat idzie dalej. I paradoksalnie nie jest to wcale smutna myśl. Jest w niej coś uspokajającego. Nie musimy kontrolować wszystkiego. Nie musimy być najważniejsi. Nie wszystko musi zostać po nas zapamiętane. Może czasami wystarczy po prostu być częścią historii. Tak jak kolejne pokolenia mieszkańców Nevabacki, jak drzewa, które rosły tam przed nimi, jak mokradła, które zostają, kiedy ludzie odchodzą. Dlaczego więc warto sięgnąć po „Mokradła”? Bo to książka, która potrafi zabrać czytelnika w zupełnie inne miejsce, a jednocześnie zmusić go do spojrzenia na własny świat.