✖ Opinia niepotwierdzona zakupem
Czy zdarzyło Wam się kiedykolwiek odnieść wrażenie, że życie postanowiło zrobić sobie z Was żart? Taki trochę mało śmieszny, za to wyjątkowo długi? Budzicie się rano, kawa jeszcze nie zdążyła zadziałać, a rzeczywistość już podsuwa Wam kolejną niespodziankę i mówi: „No to powodzenia!”. Mniej więcej w takim momencie swojego życia znajduje się Effie Baker, bohaterka „Gdy odnajdziemy drogę” Laury Barrow. Kobieta po dziewiętnastu latach małżeństwa zostaje porzucona przez męża, który wybiera młodszą kobietę. Effie zostaje sama z trójką dzieci, poczuciem, że właściwie nie wie, co dalej i bardzo niewygodnym pytaniem: co teraz zrobić ze swoim życiem? Tak zaczyna się historia, która na pierwszy rzut oka może wydawać się zwyczajną opowieścią o kobiecie po przejściach. Ale tylko na pierwszy rzut oka, bo Laura Barrow robi z tej historii coś znacznie ciekawszego.
Effie nie jest bohaterką, która po jednym dramatycznym wydarzeniu nagle wstaje, otrzepuje kurz z ramion i oznajmia światu: „Od dzisiaj jestem nową kobietą!”. Całe szczęście, bo życie tak nie działa. Czasami po dużym życiowym trzęsieniu ziemi człowiek najpierw siedzi pośrodku tego bałaganu i zastanawia się, od którego kawałka zacząć sprzątanie. Effie próbuje więc znaleźć odpowiedź na pytanie, które prędzej czy później dopada chyba każdego z nas: czy można zacząć swoje życie jeszcze raz? I tutaj robi się naprawdę interesująco.
Podczas operacji Effie doświadcza niezwykłej wizji. Pojawia się w niej Patsy Cline, legendarna amerykańska wokalistka country, która odegrała ważną rolę w życiu babci Effie, Lolly. A jakby tego było mało, po tym wydarzeniu Effie zaczyna doświadczać czegoś, czego zdecydowanie nie wpisywała w swoje plany na najbliższy tydzień, miesiąc ani właściwie całe życie. Nie będę zdradzać, co dokładnie się wydarzyło, bo odkrywanie tego razem z bohaterką jest częścią przyjemności z lektury. Ten element sprawił, że „Gdy odnajdziemy drogę” nie jest kolejną powieścią obyczajową, w której mamy rozwód, rodzinne problemy, kubek herbaty, kilka łez i obowiązkowe „od teraz wszystko będzie dobrze”. Tutaj mamy coś jeszcze. Muzykę. Wspomnienia. Tajemnice. Dwie kobiety z różnych pokoleń. I przeszłość, która wcale nie zamierza grzecznie zostać w przeszłości.
Historia Effie przeplata się z historią jej babci Lolly. Poznajemy ją między innymi poprzez listy i wspomnienia związane z Patsy Cline. Dzięki temu dostajemy dwie opowieści, które początkowo wydają się od siebie oddalone, ale z czasem zaczynają tworzyć jedną większą historię. Podoba mi się to, że autorka nie robi z relacji między pokoleniami czegoś przesłodzonego. Babcia nie zawsze jest tylko uroczą starszą panią, która piecze najlepsze ciasto i ma odpowiedź na każde pytanie. Czasami babcia ma własne tajemnice. Własne niespełnione marzenia. Własne błędy. I życie, o którym wnuki wiedzą zdecydowanie mniej, niż im się wydaje. Lolly właśnie taka jest. A im więcej dowiadujemy się o jej przeszłości, tym bardziej zaczynamy rozumieć, że niektóre historie rodzinne mają bardzo długi termin ważności.
Laura Barrow pokazuje, że nie jesteśmy wyłącznie tym, co wydarzyło się wczoraj. Możemy być żoną, która właśnie została zostawiona, matką, która przez lata zajmowała się rodziną, kobietą, która przestała pamiętać, czego właściwie sama chciała od życia, możemy być człowiekiem, który przez lata odkładał siebie na później. Tylko że „później” ma pewną paskudną cechę. Czasami nie przychodzi. Moim zdaniem dlatego historia Effie tak mocno trafia w codzienność. Sami pomyślcie, ile razy sami mówimy: „Jeszcze zdążę”? Jeszcze kiedyś pojadę w to miejsce, jeszcze kiedyś zacznę robić coś dla siebie, jeszcze kiedyś zmienię pracę, jeszcze kiedyś nauczę się czegoś nowego, jeszcze, jeszcze…. Itd. A potem mijają lata.
„Gdy odnajdziemy drogę” przypomina, że nie zawsze trzeba czekać na idealny moment, żeby ruszyć z miejsca. Czasem wystarczy moment bardzo nieidealny. Taki, w którym życie właśnie rozrzuciło nam wszystkie klocki po podłodze. Może właśnie wtedy zaczynamy budować coś nowego. Podobało mi się również to, że książka potrafi być zabawna. Nie mamy tu humoru doklejonego na siłę, żeby przypadkiem czytelnik nie zrobił się zbyt smutny. Życie bohaterów ma swoje trudne momenty, ale między nimi pojawiają się sytuacje, które potrafią wywołać uśmiech. Dzięki temu historia nie staje się trudna i przytłaczająca. Sama autorka bardzo sprawnie miesza dramat z ciepłem, humorem i nadzieją. To jest chyba ten rodzaj humoru, który lubię najbardziej.
Człowiek może płakać, martwić się, mieć kryzys egzystencjalny, a pięć minut później wydarza się coś, co sprawia, że zaczyna się śmiać. Dokładnie tak wygląda życie. Nie ma w nim osobnego kalendarza na smutek, osobnego na radość i jeszcze jednego na „dzisiaj wyjątkowo wszystko idzie zgodnie z planem”. Tego ostatniego kalendarza chyba nikt nigdy nie dostał.
W książce ważne są również rodzinne sekrety i pytania dotyczące tego, ile tak naprawdę wiemy o ludziach, których mamy najbliżej. Możemy znać kogoś całe życie i jednocześnie nie znać jego najważniejszych historii, dlatego relacja Effie i Lolly jest tak ciekawa. To nie jest tylko opowieść o babci i wnuczce. To opowieść o dwóch kobietach, które w różnych momentach swojego życia muszą odpowiedzieć sobie na podobne pytanie „Czego właściwie chcę?” Niby proste pytanie. A jednak czasami odpowiedź na nie jest trudniejsza niż znalezienie wolnego miejsca parkingowego w centrum w sobotę. Nie obiecuje, że po przeczytaniu ostatniej strony nasze problemy magicznie znikną. Nie mówi też, że wystarczy pozytywne myślenie i kubek kawy, żeby wszystko naprawić. Chociaż z kawą oczywiście warto próbować. Ta książka mówi coś znacznie bardziej prawdziwego.
Możemy się pogubić. Możemy popełnić błędy. Możemy przez lata iść drogą, która wcale nie jest naszą drogą. Ale to jeszcze nie oznacza, że musimy nią iść do końca. Czasami trzeba zawrócić, czasami trzeba zmienić kierunek, czasami trzeba przyznać przed samym sobą, że dotychczasowy plan kompletnie nie wypalił. Ta książka jest dla mnie historią o drugich szansach, ale również o odzyskiwaniu własnego głosu. O tym, że człowiek nie kończy się w momencie, kiedy kończy się jakiś etap jego życia. Rozwód, dorastające dzieci, utracona miłość, niespełnione marzenia czy rodzinne tajemnice nie muszą być ostatnim rozdziałem.
Nie dostajemy obietnicy, że życie nagle zrobi się proste. Dostajemy za to przypomnienie, że nawet kiedy wydaje nam się, że wszystko się skończyło, może się okazać, że właśnie skończył się tylko jeden rozdział, a następny dopiero czeka. I może nie będzie idealny. Może będzie trochę chaotyczny, może po drodze zaliczymy kilka spektakularnych wpadek, ale będzie nasz. Czy polecam? Oj tak. Zwłaszcza na takie popołudnie, kiedy kawa już stygnie, telefon leży obok, a Wy macie ochotę przeczytać historię, która nie udaje, że życie zawsze jest piękne i poukładane.
„Gdy odnajdziemy drogę” przypomina mi, że czasami naprawdę nie trzeba wiedzieć, dokąd się idzie. Wystarczy zrobić pierwszy krok, a potem kolejny, i jeszcze jeden. A jeśli po drodze znajdzie się dobra muzyka, trochę śmiechu i kubek kawy… To chyba nie jest najgorszy sposób na odnalezienie drogi.