✖ Opinia niepotwierdzona zakupem
Co trzeba mieć w głowie, aby stworzyć książkę z tak niezwykłą historią? Dla jasności, jestem oczarowana tą powieścią i żałuję, że już ją znam. Teraz zazdroszczę wam, że będziecie mogli przeżywać wszystkie emocje, które ja miałam. Książka przypomina mi coś w stylu „Igrzysk Śmierci”, starych, dobrych gier RPG oraz reality show. Życie w apokaliptycznej ziemi z brakiem jakichkolwiek szans na przeżycie albo podjecie się ratowania swojego tyłka i wzięcie udziału w rozrywce, w której, żeby przetrwać, nie można się zatrzymać. Czyli recenzja książki „Dungeon Crawler Carl” Matt Dinniman. Na samym początku podkreślę, że to nie spojler, bo to tylko początek tego, co was czeka. Cała akcja rozwija się później.
Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia budzicie się i odkrywacie, że świat właśnie się skończył. Nie ma budynków, samochodów, sklepów, internetu, pracy, szkoły ani nawet normalnego życia. Ziemia została przejęta przez obcych, a ludzkość dostała „szansę” na przetrwanie. Tylko że ta szansa wygląda mniej więcej tak: ogromny, pełen potworów loch, pułapki na każdym kroku, walka o życie i miliony obcych widzów siedzących wygodnie przed ekranami i oglądających, jak kolejni ludzie próbują nie zginąć. Brzmi jak koszmar? A teraz dodajmy do tego faceta, który zostaje wrzucony w sam środek apokalipsy w… bokserkach i różowych crocsach. A jego towarzyszką jest rozpieszczona kotka o imieniu Królewna Pączuś. Właśnie tak zaczyna się „Dungeon Crawler Carl” Matta Dinnimana. Trudno wymyślić lepszy dowód na to, że koniec świata może być jednocześnie przerażający i absurdalnie zabawny.
Carl nie planował zostać bohaterem. Nie przygotowywał się na apokalipsę, nie siedział w piwnicy z zapasem konserw i nie czekał na inwazję kosmitów. Pewnego dnia jego życie zostaje wywrócone do góry nogami, a on musi walczyć o przetrwanie w świecie, który przypomina połączenie gry komputerowej, reality show, fantasy i totalnie szalonego eksperymentu. A wszystko dlatego, że dla tajemniczych organizatorów nie liczy się tylko to, czy uczestnicy przeżyją. Oni mają jeszcze dostarczyć rozrywki. Bo właśnie to jest jeden z najlepszych pomysłów tej książki. Loch nie jest zwykłym lochem. To wielkie widowisko oglądane przez niezliczoną liczbę widzów w całej galaktyce. Carl i inni ocaleni są zawodnikami, a ich śmierć może być dla kogoś po prostu kolejnym odcinkiem ulubionego programu.
I tutaj zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Bo jak zachowalibyście się, wiedząc, że ktoś właśnie siedzi przed ekranem i komentuje waszą walkę z potworem tak samo, jak my komentujemy mecz albo kolejny odcinek programu? „Ale mu przywalił!”, „O nie, chyba nie żyje!”, „Ale akcja!” Tylko że Carl nie może wyłączyć telewizora. Bo to on jest w telewizji. I właśnie ta mieszanka czarnego humoru, absurdu, brutalności i zwyczajnego ludzkiego strachu sprawia, że „Dungeon Crawler Carl” tak mocno się wyróżnia. A potem jest Pączuś. I tutaj muszę się zatrzymać. Bo nie wiem, czy ktokolwiek byłby przygotowany na taką bohaterkę. Pączuś to kotka byłej dziewczyny Carla. Do tego kotka wystawowa, rozpieszczona, przyzwyczajona do luksusu i przekonana, że świat powinien się kręcić właśnie wokół niej. Po przemianach związanych z działaniem systemu okazuje się jednak, że nie jest już zwyczajnym kotem. Staje się inteligentną, potężną i bardzo charakterystyczną uczestniczką tej całej katastrofy. I zdecydowanie nie zamierza pozwolić Carlowi zapomnieć, kto tu ma większą osobowość.
Jedną z rzeczy, które najbardziej mnie bawią, jest kontrast między tym, jak nasz bohater rusza ratować życie w różowych crocsach. Naprawdę trudno nie pomyśleć: „Carl, stary, chyba mogłeś wybrać lepsze obuwie na apokalipsę”. Albo wyobraźcie sobie, że autor Potrafi zrobić coś dramatycznego, takiego, wyniosłego, a dosłownie chwilę później wrzucić sytuację, przy której człowiek zaczyna się śmiać, mimo że dosłownie przed chwilą był przekonany, że bohater zaraz zginie. A są tu między innymi wybuchające gobliny, magiczne mikstury, dziwaczne stworzenia, system rodem z gry komputerowej i nawet… śmiercionośne handlujące narkotykami lamy. Tak, dobrze przeczytaliście. Lamy. Handlujące narkotykami. I w tym momencie człowiek zaczyna się zastanawiać, czy autor podczas pisania tej książki miał obok siebie listę rzeczy, które normalnie nie powinny występować w jednym zdaniu, i postanowił odhaczyć wszystkie. I właśnie tutaj książka robi się dużo ciekawsza, niż można początkowo zakładać. Bo zaczynamy się zastanawiać, czy można oglądać czyjąś walkę o życie jak program telewizyjny? Czy zawodnicy nadal są ludźmi, czy stali się tylko elementem widowiska? I co zrobilibyśmy my, gdyby ktoś dał nam wybór: zostać na powierzchni i prawdopodobnie umrzeć albo wejść do lochu, w którym mamy przynajmniej jakąś szansę? No właśnie. I teraz najciekawsze pytanie: A co, gdyby to wszystko wydarzyło się dzisiaj?